Nie jestem osobą przesądną, nie wierzę w dziwne zabobony i
inne niestworzone rzeczy. Wiem, że jeżeli ktoś jest w czymś dobry i pracowity to prędzej czy później
osiągnie zamierzony cel.
Kiedy rozpoczął się turniej w Ankarze, jako jedna z wielu jasno
wyrażałam swoją opinię, że nasze siatkarki na awans do Igrzysk nie mają szans.
Przemawiały za tym liczby, rywalki, ale przede wszystkim nierówna forma
prezentowana przez nas zespół dotychczas.
Jednak w mojej głowie, a może bardziej w moim sercu żyła mała nadzieja,
że może jednak, że może dzięki zrządzeniom losu, może dzięki magicznej Ankarze
nasze siatkarki dołączą do naszych siatkarzy w Londynie i będziemy mogli
śledzić ich poczynania na tym wielkim widowisku. Jak wszyscy wiemy stało się
inaczej.
Ankara została odczarowana. Tak pomyślałam po zakończonym meczu
z Turczynkami, który umówmy się, nie wyszedł nam najlepiej, a będąc szczerym
wyszedł fatalnie. Siedząc jednak teraz i pisząc moje podsumowanie zastanawiam
się czy naprawdę dziewczyny odczarowały nam Turcję. Czy naprawdę nic cudownego
się tam nie wydarzyło? Myślę, że niekoniecznie.
W siatkówce liczy się wynik. Fakt niepodważalny. Ale żeby osiągnąć
wynik potrzeba czasu, potrzeba treningów, zgrania, dokładnego poznania rywali i
samych siebie. Pierwszy cel nie został osiągnięty. Wyniku, awansu na Igrzyska ,
nie ma, lecz postęp w grze naszych siatkarek, ich nastawienia do gry, wiary, że
mogą wygrać z każdym, był widoczny od pierwszego dnia turnieju. I racja, że nie
wszystko im wychodziło, nie wszystko jeszcze grało, ale moim zdaniem turniej w
Ankarze pokazał jak Polki mogą wspaniale grać i udowodnił niedowiarkom ( w tym także i mnie), że era „złotek”
tak szybko się nie skończy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz