czwartek, 17 maja 2012

Kiedy jak nie teraz?


Brak Giby, Murilo i Visotto w pierwszym turnieju Ligi Światowej wskazuje tylko na jedno- Brazylijczycy po czterech latach chcą odzyskać tytuł Mistrza Olimpijskiego, który to utracili na rzecz rewelacyjnie grających w Pekinie Amerykanów.  Nie liczą się środki, straty jakie mogą ponieść po drodze, liczy się tylko jedno- Olimpijskie złoto ( o którym nie tylko Oni marzą ;))
Liga Światowa w roku olimpijskim nie dla wszystkich reprezentacji ma taką samą wartość jak chociażby rok przed Igrzyskami. Niejednokrotnie wykorzystywana jest jako turniej przygotowujący do docelowej imprezy, często uzyskany wynik schodzi na dalszy, a raczej bardzo daleki plan. Czy jest  tak w przypadku Brazylijczyków z tym roku? Najprawdopodobniej tak. Logicznym jest, że jeżeli Giba i reszta nieobecnych Canarinhos, nie są w stanie zagrać na Lidze, zwyczajnie się tam nie pojawią, jednakże zaskakuje fakt, że akurat trzech liderów reprezentacji jest niezdolnych do gry kilka miesięcy przez Igrzyskami. Ewidentnie chodzi tu o pozwolenie tym graczom na wyleczenie najmniejszych urazów, by żadna drobna (lub mniej drobna) kontuzja nie mogła wykluczyć ich z gry w Londynie. 

Co to oznacza dla naszej reprezentacji? Oznacza to tylko to, że na Igrzyskach reprezentacja Brazylii będzie jeszcze silniejsza niż na Mistrzostwach Świata w 2010, zapewne bardziej zmotywowana niż na Lidze Światowej w Gdańsku, a już na pewno  silniejsza niż na (moim zdaniem nie udanym)Japońskim  Pucharze Świata. Czy za silna dla naszych orłów? Tego  nie wiem. Wiem jedynie, że nasi też nie odpoczywają, pracują z całych sił, by spełnić marzenie każdego sportowca i wywalczyć złoty, olimpijski medal.  

Brak trzonu reprezentacji Brazylii  w Toronto oznacza jeszcze jedno – piątkowy mecz Polska- Brazylia musi, a raczej powinien zakończyć się zwycięstwem biało- czerwonych. No bo, kiedy jak nie teraz? I nawet powrót Ricardo nie powinien przeszkodzić orłom Anastasiego w przerwaniu trwającej 10 lat passy Canarihnos (choć moim zdaniem minęło już milion sto tysięcy lat kiedy ostatnio z Brazylią wygraliśmy)

Czy zwycięstwo będzie smakowało tak samo dobrze, niż gdyby udało się pokonać Brazylijczyków w pełnym składzie i optymalnej formie? Pewnie nie. Ale czy to naprawdę ma znaczenie jakim składem grała Zaksa przegrywając z tureckim Arkasem  w Lidze Mistrzów, czy pamięta ktoś kim grała nasza reprezentacja w meczu grupowym Mistrzostw Europy 2011 ze Słowenią gdzie przegraliśmy 3-1? Nawet jeśli, to czy teraz ma to znaczenie? Wygrany mecz to wygrany mecz, a ewentualnego zwycięstwa nad Brazylią nikt, by nam nie odebrał.


środa, 9 maja 2012

Ankara odczarowana?


Nie jestem osobą przesądną, nie wierzę w dziwne zabobony i inne niestworzone rzeczy. Wiem, że jeżeli ktoś jest w czymś  dobry i pracowity to prędzej czy później osiągnie zamierzony cel.  

Kiedy rozpoczął się turniej w Ankarze, jako jedna z wielu jasno wyrażałam swoją opinię, że nasze siatkarki na awans do Igrzysk nie mają szans. Przemawiały za tym liczby, rywalki, ale przede wszystkim nierówna forma prezentowana przez nas zespół dotychczas.  Jednak w mojej głowie, a może bardziej w moim sercu żyła mała nadzieja, że może jednak, że może dzięki zrządzeniom losu, może dzięki magicznej Ankarze nasze siatkarki dołączą do naszych siatkarzy w Londynie i będziemy mogli śledzić ich poczynania na tym wielkim widowisku. Jak wszyscy wiemy stało się inaczej.
Ankara została odczarowana. Tak pomyślałam po zakończonym meczu z Turczynkami, który umówmy się, nie wyszedł nam najlepiej, a będąc szczerym wyszedł fatalnie. Siedząc jednak teraz i pisząc moje podsumowanie zastanawiam się czy naprawdę dziewczyny odczarowały nam Turcję. Czy naprawdę nic cudownego się tam nie wydarzyło? Myślę, że niekoniecznie. 

W siatkówce liczy się wynik. Fakt niepodważalny. Ale żeby osiągnąć wynik potrzeba czasu, potrzeba treningów, zgrania, dokładnego poznania rywali i samych siebie. Pierwszy cel nie został osiągnięty. Wyniku, awansu na Igrzyska , nie ma, lecz postęp w grze naszych siatkarek, ich nastawienia do gry, wiary, że mogą wygrać z każdym, był widoczny od pierwszego dnia turnieju. I racja, że nie wszystko im wychodziło, nie wszystko jeszcze grało, ale moim zdaniem turniej w Ankarze pokazał jak Polki mogą wspaniale grać i udowodnił niedowiarkom ( w tym także i mnie), że era „złotek” tak szybko się nie skończy.